Nie żyje Ann Widdecombe, ostatnia brytyjska konserwatystka w starym, dobrym stylu. Została zamordowana w swoim wiejskim domu w hrabstwie Devon. Jeszcze we środę o 12.19 umawiała się z produkcją pewnego programu w Channel 5 na zdalną rozmowę o godz. 13, ale potem nie odpowiedziała na sygnał. I następnego dnia została znaleziona zmasakrowana, martwa. Aresztowano i wypuszczono jednego młodego człowieka, trwają przesłuchania innego, „białego 28-letniego podejrzanego, zatrzymanego w Yorkshire”. Słychać spekulacje na temat przyczyny śmierci kontrowersyjnej posłanki, ale podczas konferencji prasowej policja Devonu i Kornwalii stwierdziła, że „nic nie wskazuje na zabójstwo na tle politycznym”. Znając słabość brytyjskiej policji do ulegania political correctness, z niepokojem oczekujemy rezultatów śledztwa.
Cały brytyjski establishment polityczny – konserwatyści i labourzyści, liberalni demokraci i zieloni – z szacunkiem i sympatią komentują barwną osobowość i wielkie osiągnięcia byłej deputowanej do Izby Gmin i parlamentu UE. Nad Tamizą konkurenci partyjni w podobnych okolicznościach, choroby, śmierci, nieszczęścia, są wciąż razem, w przeciwieństwie do tych nad Wisłą. Tak więc były kolega partyjny Ann Widdecombe, Iain Duncan-Smith, kiedyś lider torysów, nazwał jej poglądy „odświeżającymi”, a inny prominentny konserwatysta Michael Howard przypomniał o „wartościach konserwatywnych, których nigdy nie przehandlowała na popularność medialną”. Podobnie politycy młodszej generacji. Boris Johnson mówił o „heroicznej entuzjastce Brexitu, która wzbudzała prawdziwy entuzjazm konserwatywnego elektoratu”, szef liberalnych demokratów Ed Davey opowiadał o „kobiecie głębokiej wiary, która poświęciła życie dla służby publicznej”, a Nigel Farage, dla którego partii Ann Widdecombe przez ostatnie dziesięć lat pracowała, najpierw w Brexit Party, a ostatnio w Reform UK, „jest głęboko poruszony naturą jej gwałtownej śmierci”. I „oczekuje na energiczne śledztwo”. My – także.
Obserwowałam ją przez ostatnich 36 lat. Cztery kadencje w Izbie Gmin, wystąpienia na dorocznych konwencjach konserwatystów, stała obecność w mediach, jej osobowość i styl uprawiania polityki , które sprawiły, że – tak twierdzi wielu Brytyjczyków – była nam w jakiś sposób bliska. Odważna, zdecydowana, o bardzo wyrazistych konserwatywnych poglądach, wielki krytyk „modern, compassionate conservatism” Davida Camerona, dość ekscentryczna. Ona sama tak tę ostatnią cechę komentowała: „jeśli nie jesteś ekscentryczny, to znaczy że już nie żyjesz”. Posłanka, europosłanka, pisarka, komentator polityczny, gospodyni telewizyjnego quizu, uczestniczka popularnych programów „Strictly Come Dancing” – jego polski odpowiednik to „Taniec z gwiazdami” – trzeba ją było widzieć jak, dobrze po 60-tce, sunie po parkiecie w gorącym rytmie salsy! Zabawna, dowcipna, lekceważąca tradycyjne zasady. Kiedyś, zapytana o swoją filozofię życia, odpowiedziała: ”Zycie, to nie przymiarka kostiumów. Dostajesz tylko jedną szansę, i albo po nią sięgasz, albo siedzisz w kącie. Ja – sięgam”.
Jej kariera naukowa była także niekonwencjonalna, najpierw skończyła wydział języków klasycznych w uniwersytecie w Birmingham. Potem dokonała zwrotu i zaczęła studiować, a potem uzyskała dyplom z zakresu polityki, filozofii i ekonomii w Lady Margaret Hall, część uniwersytetu w Oksfordzie. Za to – tu nie było wątpliwości – od początku związała się z Partią Konserwatywną. Najpierw jako radna, a następnie zawalczyła o mandat posła do Izby Gmin, i pozostała tam na cztery kadencje. Wtedy właśnie zaczęłam jej kibicować. Niemal od początku, bo od 1990 roku, znalazła się w gronie front benchers, czyli w obsadzie ministerstw, najpierw jako podsekretarz ds. społecznych, potem zatrudnienia i spraw wewnętrznych, a następnie – już w gabinecie cieni Williama Haque’a – jako minister zdrowia i spraw wewnętrznych. Zapewne już wtedy o zbyt wyrazistych poglądach, bo kiedy w 2001 roku startowała w wyścigu do fotela premiera, nie otrzymała od kolegów dostatecznego wsparcia. Pozostała w Izbie Gmin do 2010 roku, a kiedy – po 13 latach w opozycji – torysi odzyskali Downing Street i premierem został „nowoczesny, współczujący konserwatysta” David Cameron, Ann Widdecombe zrezygnowała z polityki.
To podczas sześciu następnych lat obecności koncyliacyjnego Camerona, z jednej strony przez parlament przeciągnięto ustawę o legalizacji związków jednopłciowych, z drugiej -przegrano inną, dotyczącą obniżenia terminu dozwolonej aborcji z sześciu do pięciu miesięcy. W Wielkiej Brytanii do dziś funkcjonuje prawo do zabijania dzieci w łonie matki do szóstego miesiąca, bezpłatnie i na życzenie. A Ann Widdecombe upominała się o zakaz aborcji, była przeciw assisting suicide, w istocie legalizacji eutanazji, oraz za przywróceniu kary śmierci w przypadkach oskarżenia o morderstwa. Odeszła na bardzo aktywną – o czym dalej – emeryturę, zaktywizowała się w 2016 roku, ale w kampanii referendalnej w sprawie brexitu znalazła się już nie z torysami, lecz w ugrupowaniu Nigela Farage’a. A następnie z Brexit Party gładko przeszła do Reform UK, i do niedawna sprawowała tam funkcję rzecznika prasowego ds. emigracji i sprawiedliwości. Tak, była bezpardonową wojowniczką o wartości konserwatywne i do głowy jej nie przyszło, aby do tego przymiotnika dodawać dwa inne, nowoczesny i współczujący. I – konsekwentnie – do pewnego momentu praktykująca anglikanka, kiedy Church of England zaczyna sterować w lewo, idzie na kolejne kompromisy i zamierza wyświęcać kobiety na diakonów, Widdecoombe konwertowała się na katolicyzm! Odważna, niezłomna, ostatnia z dawnych torysowskich gigantów.
A przy tym – dama wielu talentów. Komentatorka polityczna w „Daily Express”, autorka autobiografii „Strictly Ann: The Autobiography”, i kilku powieści, o ile wiem, żadna nie została przetłumaczona na język polski. Dalej, gospodyni cyklicznego teleturnieju „Cleverdicks”, a przede wszystkim niezwykle popularna osobowość telewizyjna. W 2010 roku, jako 63-latka, wzięła udział w programie „Strictly Come Dancing”, gdzie sama widziałam, jak w żółtej kreacji szalała w akrobatycznych układach ze znacznie młodszym od niej partnerem. Stosunkowo niedawno, bo w 2018 roku znalazła się w serii „Celebrity Big Brother”, którego producenci naprawdę nie oszczędzają znanych i lubianych, i wchodziła w sytuacje „tylko dla odważnych”. Pojawiła się w niemej roli w londyńskiej Royal Opera House w operze komicznej Donizettiego „Córka pułku”, a także w pantomime, bożenarodzeniowym przedstawieniu dla dzieci „Królewna Snieżka i 7 krasnoludków”. Rzeczywiście, życie miało jej wiele do zaoferowania, zadań bardzo i mniej poważnych, a ona to wszystko brała.
Nagła i dramatyczna śmierć przerwała to pożyteczne – dla ludzi i zwierząt, bo pracowała także w wielu organizacjach charytatywnych – życie. Policja hrabstwa Devonu i Kornwalii prowadzi śledztwo, obecne codziennie w BBC i ITV. Tymczasem twierdzi –„żadnej sugestii, że to mord polityczny”. Ale czy – zwłaszcza kiedy Downing Street wciąż okupuje Keir Starmer, który wysyła policję na protestujących przeciw bezkarności imigrantów, organizuje kursy doszkalające, które uczą policjantów zasad politycznej poprawności – można jeszcze brytyjskiej policji ufać?
I ostatni news: dzisiejsza sesja w Izbie Gmin poświęcona została wspomnieniom Ann Widdecoombe. Labourzystowska minister spraw wewnętrznych Shabana Mahmood, czyli przeciwniczka polityczna, wygłosiła a tribute, hołd, wyrazy uznania na temat dokonań zmarłej. Liberalny demokrata, także socjalista, przypomniał ją jako „a passionate public servant”, urzędnika państwowego z pasją służącego społeczeństwu – nie mówiąc o ciepłych wspomnieniach kolegów partyjnych. A policja skoncentrowała się na młodym mężczyżnie z Yorkshire, dodając, że „śledztwo prowadzi wydział antyterrorystyczny”. Czyli jako przyczynę śmierci posłanki wyeliminowano rozbój, kradzież z włamaniem, etc. Co pozostaje? Bez względu na to, czy morderca to członek radykalnej lewicowej organizacji, czy tzw. samotny wilk, pozostaje klasyczna zbrodnia na tle politycznym. W społeczeństwach, także brytyjskim, jakby nie było „kolebce demokracji”, pogłębiają się podziały polityczne, następuje ich radykalizacja, rośnie poziom agresji. Czyżby to trzecia w ciągu dziesięciu lat – po labourzystce Joe Cox i konserwatyście Davidzie Amessie – ofiara sporów politycznych w Wielkiej Brytanii? Nie bez powodu wczoraj w Izbie Gmin poświęcono tak wiele słów na temat zapewnienia brytyjskim parlamentarzystom adekwatnego poziomu bezpieczeństwa.
Elżbieta Królikowska-Avis, 13 lipca 2026

