Właśnie ogłoszono, że dr Gizela Jagielska , aborcjonistka i pupilka środowisk lewicowo-liberalnych otrzymała w plebiscycie czytelników tygodnika Wysokie Obcasy, dodatku do Gazety Wyborczej, tytuł „Superbohaterki 2025”. Jagielska zasłynęła z tego, że od lat zabija dzieci nienarodzone, a usłyszała o niej cała Polska, kiedy w ub. roku w szpitalu oleśnickim zastrzykiem z chlorku potasu, uśmierciła dziecko w 9. miesiącu ciąży, Felka. Ten zaszczytny tytuł „Superbohaterki 2025” otrzymała za „odwagę i bezkompromisowość” oraz „wierność przysiędze Hipokratesa”. Cały znany nam porządek moralny i znaczenie słów jak odwaga i bezkompromisowość, został wywrócony do góry nogami. Z kolei przysięga Hipokratesa mówi „po pierwsze nie szkodzić”, a uśmiercenie dziecka jest tej przysięgi największą zdradą.
Natknęłam się na kilka książek i filmów nt. aborcji. Amerykański obraz „Juno” Jasona Reitera, polski „Ono” Małgorzaty Szumowskiej, rumuński „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”” i kilka powieści, w tym „Dzieci duchy” znanej brytyjskiej pisarki Sue Townsend. Światowy sukces serii „Sekretny dziennik Adriana Mole’a”, który był w latach 80. tym, czym stał się Harry Potter w dekadę póżniej. Potem bardzo zabawne satyry społeczne na współczesną Wielką Brytanię – „Królowa i ja”, „Numer 10”, chodzi o premiera Tony Blaira czy „Camilla i ja”. Sue Townsend była labourzystką, czyli socjalistką, ale odważnie protestowała przeciw niektórym poczynaniom Partii Pracy. I w 1997 roku zaskoczyła swoich czytelników książką inną niż poprzednie. Jej tytuł brzmi „Ghost Children”, „Dzieci – duchy”, a historia zaczyna się takim oto obrazkiem. Główny bohater Christopher znajduje na wysypisku śmieci niedaleko szpitala plastikową torbę, pełną wyskrobanych ludzkich płodów. Tu trzeba dodać, że w Wielkiej Brytanii do dziś obowiązuje prawo do aborcji do 6. miesiąca, na życzenie i za darmo. Chris zabiera je do domu, nadaje imiona i sprawia pochówek w swoim ogrodzie. Wracają wspomnienia. Dawno temu Chris miał dziewczynę, Angelę. Po jakiejś kłótni Angela zdecydowała się na aborcję ich dziecka, na które on czekał. Rozstali się i dziś Angela tkwi w małżeństwie bez miłości, a Chris nigdy się nie ożenił, bezrobotny po ostatnim załamaniu nerwowym. Powieść Sue Townsend powraca do jej własnych doświadczeń, kiedy pisarka – mając już troje dzieci i przemocowego męża – poddała się aborcji. Wspomnienia ścigają ją, pojawiają się w myślach, rozmowach z przyjaciółkami, modlitwach i snach. Cała powieść mówi o stracie i żałobie, a więc opłakiwaniu tej straty.
Dziś jest to już dobrze znana i opisana jednostka chorobowa, która nazywa się Post-Abortion Stress Disorder, czyli stres spowodowany aborcją dokonaną wiele lat temu, której skutki zaczyna się odczuwać po latach. W 1997 roku podczas promocji książki „Dzieci – duchy” mocno już dojrzała pisarka – labourzystka mówiła: „Zawsze byłam po stronie praw kobiet do aborcji. Jednak dziś wiem, że to zła decyzja, zła w sensie fundamentalnym. To zabijanie życia. Wystarczy spojrzeć na oddział położniczy. Mnóstwo tu uśmiechniętych kobiet i ich troskliwych mężczyzn, miłe, bezpośrednie pogawędki, przyjazna atmosfera. A oddział, gdzie dokonuje się aborcji? Cisza, nie słychać płaczu niemowląt, mężczyżni wyglądający nieswojo i milczące kobiety. Dojmujące uczucie smutku i straty, bez możliwości opłakania i żałoby. Czuję się wtrdy, jakbym stała przed opuszczonym, anonimowym grobem”.
Okazało się, że nie była ani pierwszą, ani jedyną, która napisała książkę o syndromie post- aborcyjnym. Pieć lat przed nią, w 1992 roku, niemiecka autorka, uprzednio związana z ruchami lewicowymi Karin Struck, opublikowała rzecz o negatywnych skutkach psychicznych i moralnych aborcji, której sama poddała się w 1975 roku. Amerykańska feministka Rebecca Walker, w wywiadzie wspomniała o aborcji, jaka miała jako nastolatka, i o jej późniejszych skutkach. „Syndrom po-aborcyjny – powiedziała – jest jak stwardnienie rozsiane, rozwija się powoli i potrzebuje czasu”. Ja sama pamiętam, że w Wielkiej Brytanii debata na temat negatywnych skutków psychicznych aborcji powróciła w 2007 roku po samobójczej śmierci malarki Emmy Beck. Nie uniosła ciężaru winy po pozbyciu się ciąży bliźniaczej.
Nauka przychodzi tym trzem pisarkom w sukurs. Z badań, prowadzonych w Finlandii („Suicides after Pregnancy in Finland, 1987-94” Miki Gisslera) wynika, że odsetek samobójstw kobiet po zabiegu był dwa razy wyższy (37.7%) niż odsetek samobójstw po samoczynnym poronieniu (18.1%) i sześciokrotnie wyższy od samobójstw po udanym porodzie/ porodach (5.4%). A analizy porównawcze, przeprowadzone w Finlandii i w Kalifornii wykazały, że liczba zgonów związanych z ciążą jest dwa razy wyższa u kobiet po aborcji niż u kobiet, które donosiły ciąże („Death Associated with Abortion Compared to Childbirths”, 2004). Ale nauka sobie, a środowiska „pro-choice” – sobie.
Bo w przeciwieństwie do grup pro-life, zdaniem środowisk pro-choice syndrom po-aborcyjny nie istnieje, a mówienie o nim jest tylko „chwytem propagandowym środowisk pro-life”. Uważają one także, że jeśli jakieś psychiczne problemy po zabiegu występują, są jedynie wmawianiem kobietom poczucia winy z powodu aborcji. I zwykle dostaje się wtedy Kościołowi katolickiemu, „który owo poczucie winy rozbudził i pogłębia”. Mimo licznych organizacji pro-life, potępienia przez Watykan, wyników badań naukowych nad PASD, w polskich mediach pełno jest lewackich czupidronów – jak przy okazji fety nadawania dr Gizeli Jagielskiej tytułu „Superbohaterki 2025” – które ględzą coś o „dzielności i konsekwencji aborcjonistki” i „prawie do własnego brzucha kobiet”. Sprzeciwiają się karze śmierci dla seryjnych morderców, ale nie przyjdzie im do głowy, jak należałoby nazwać dr Jagielską, aby był to termin adekwatny do tego, co od lat robi.
Prawo do aborcji to wciąż teren walki dwóch obozów politycznych. Z jednej strony „prawo do życia” i plakaty, przedstawiające 6-miesięczne płody – gdzie widać już wykształconą płeć dziecka – które powołują się na prawo naturalne, Dekalog, szlachetną papieską filozofię ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci, pokazują skutki aborcji, medyczne i psychologiczne. Z drugiej – feministki, wskazujące na prawo do wyboru, do własnego życia, do wygody – w tle zwykle dysfunkcyjne rodziny, pogrążone w nędzy, i niekochane, zaniedbane dzieci. Zwykle pojawia się ta sama sztanca – tu biedna rodzina z marginesu, zabiedzone i maltretowane dzieci, z drugiej strony – kochająca się, zamożna gejowska para. Dlaczego przy okazji nie dodaje się , że – takie są wyniki badań – pary homoseksualne są 26 razy bardziej promiskuitywne niż hetero? Albo – o co wciąż pytają co rozsądniejsi socjologowie – jakie przygotowanie do przyszłych ról społecznych – seksualnych, małżeńskich, rodzinnych – może mieć dziecko pary, gdzie jest dwóch tatusiów, albo dwie mamusie?
Nie żyjąca już brytyjska pisarka Sue Townsend, choć socjalistka, 29 lat temu napisała przejmująca książkę „Dzieci – duchy”, którą – bez względu na to, jakie poglądy wyznaje czytelniczka – czyta się jak rzecz o wieloletniej traumie, poczuciu straty i żałobie.
Elżbieta Królikowska=Avis, marzec 2026

